z-precyzja-architekta blog

Twój nowy blog

Dużo się mówi o podobieństwach dzieci do ich rodziców. Lubię te zgadywanki. „O! Oczy ma twoje” – ktoś mówi. „Ale z wyglądu cały tata” – dodaje inna osoba. Każdy widzi co innego.

Jak byłam w ciąży wymarzyłam sobie córeczkę (no przecież ;) ), która miała mieć wygląd męża i mój charakter. I wszystko się sprawdziło. Blond aniołek o szarych oczach (to podobno po babci) z karnacją, której ja jej zazdroszczę i z olbrzymią wrażliwością, życzliwością i otwartością. To są takie cechy, które obserwuję na co dzień.  Ale dziś odkryłam coś fajnego. Zupełnie niepowtarzalnego.

Mała siedziała na sofie, „dłubiąc” coś w telefonie męża. Moją uwagę przykuły stopy a konkretnie malutkie paluszki. Tak śmiesznie zakładała duży palec na ten obok. Spróbowałam tak zrobić i aż mnie skurcz złapał.  :lol: Nie to nie była cecha, którą odziedziczyła po mnie. Mąż spojrzał i stwierdził, że a i owszem tak robi ale nieświadomie. I tak oto odkryłam niepowtarzalny dowód na ojcostwo mojego męża. Teraz nawet gdyby chciał nie mógłby się wyprzeć. ;) Jaja sobie robię oczywiście bo grupa krwi też to potwierdza :P ale to mnie zupełnie rozbroiło.

A Maj miał być taki bezpieczny. Bo przecież ciepło i słonecznie i dzieci jakoś mniej chorują. Może i mniej ale na pewno nie w przedszkolach. Tam to kumulacja jest co miesiąc, bez względu na porę roku. I tak nawet w tym pierdzielonym maju w szatni się słyszy kaszlące, kichające i zapłakane dzieci. Ale to na pewno tylko alergia. No przecież.

Starałam się nie zwracać na to uwagi (choć trochę na kaszlu się znam z racji dziecka alergika) i wmawiałam sobie, że Kajtuś da radę. Nie dała. Poległa po 2 tygodniach. Podobno i tak nieźle bo średnia to 3 dni. Mało to pocieszające. Zaczęło się niewinnie od tego dziwnego kaszlu właśnie. Bez gorączki, bez problemów. Na wszelki wypadek zostawiłam małą w domu na 3 dni,żeby poobserwować. Wybrałam się nawet na doraźną w sobotę, żeby potwierdzić moje przypuszczenia, że wszystko jest ok. Było… 3 dni później dziecko w godzinę rozłożyła mi gorączka. Rozłożyła dosłownie bo w oczach temperatura rosła. Stanęło na 39,4 st. Dalej nie mierzyłam. Mała zaczęła mieć dreszcze, potem coś bełkotała, uskarżała się na ból brzuszka. Na koniec usnęła. A ja? Ze stresu chyba osiwiałam. Podałam czopek przeciwgorączkowo (gdyby to było od zatrucia) i zapakowaliśmy ją na doraźną z myślą, że w razie co dostaniemy skierowanie do szpitala. Nic bardziej mylnego. Oszczędna w słowach pani dr. osłuchała dziecko i stwierdziła, że się nic nie dzieje. Odesłała nas do domu z nakazem nie zbijania gorączki poniżej 39!!!!! Uśpiła moją czujność więc jakie było moje zdziwienie gdy poszłam do mojego lekarza a on mi mówi, że dziecko ma zapalenie płuc. WYSŁUCHIWALNE! Nie mówiąc o tym, że tchnie typowo więc bez stetoskopu można wysłuchać, że oskrzela są mocno skurczone. To ja się pytam! Co ten lekarz z doraźnej tam robi? Gdzie on był kiedy uczyli podstaw na studiach -jak się posługiwać stetoskopem? I dlaczego on leczy dzieci? Ręce opadają…

Na całe szczęście. 10 dni, 2 butelki Zinnatu, hektolitry syropków, kropli do inhalacji i witamin później dziecko wygląda jak nowe. Jeszcze chwila i robimy podejście do przedszkola nr 2. Szkoda tylko, że ominęła mnie najbardziej wzruszająca chwila – przedstawienie z okazji Dnia Mamy. Mój mały smerf nie miał okazji się wykazać.

No i stało się. Nadszedł ten wielki dzień. Rano w poniedziałek wstaliśmy godzinę wcześniej niż zwykle. Mała jeszcze spała ale to mi tylko ułatwiło sprawę i przygotowałam wszystko na początek. Ubieranie poszło szybko. Nowe buciki założone, okulary też były no i czapa z daszkiem na koniec. Droga przebiegła w radosnej atmosferze, śpiewając piosenki. Nie wiedziałam tylko czemu moje serce jest tak niespokojne. Szczerze miałam wrażenie, że zaraz wyskoczy mi z piersi. Mąż jakiś blady ale uparcie się uśmiechał. No i dobrze. Najważniejsze, żeby pokazać, że wszystko jest OK. Było ok. W szatni zmieniliśmy buciki, misio pod pachę i siup do sali. Drzwi się zamknęły i… usłyszeliśmy płacz. Serce mi ścisnęło. „Idziemy!” rozporządziłam byle tego nie słyszeć. Ale przez kolejne 4 godziny ciągle brzmiało to w mojej głowie. Nie mogłam się na niczym skupić no bo jak? O 13:00 pojechałam z duszą na ramieniu a tu uśmiechnięte dziecko mnie przywitało. Nie było źle podobno. Odetchnęłam. „Jutlo teź psijdę”. Uffff. To cudowna wiadomość.

Tak nam minął pierwszy dzień w przedszkolu. Kolejny był dużo łatwiejszy bo już bez płaczu a 3 to prawdziwa rewelacja. Gdy się widzi dziecko samo wbiegające do sali, które nie ma czasu się odwrócić i powiedzieć papa, aż lżej na duszy.

Po tygodniu mała już miała grupę koleżanek a po 2… oczywiście się rozchorowała. No cóż. Kiedyś musi się wychorować.

Siedzę spokojnie w biurze, odbierając 50-tego maila, wysyłając 40-tego, odbierając 30-ty telefon, rysując 20-ty rysunek i kopiując 10-ty dokument. Siedzę tak zupełnie spokojnie bez ekscytacji gdy na wyświetlaczu pojawia się „Mąż”.

Swoją drogą to też zabawna historia. Kiedyś było „Kaczor” ale na pewnym babskim spotkaniu stwierdziłam, że coś co mi wypadało 10 lat temu, 30-letniej pani architekt już nie bardzo wypada. Zmieniłam więc nazwę pojawiającą się na wyświetlaczu mojego telefonu jakieś 5 razy dziennie na coś bardziej dostojnego.  I tak oto jest „MĄŻ”.

Wracając do historii. „Mąż” dzwoni i mówi: „Nawet nie wiesz co się wydarzyło. Właśnie dostałem telefon z przedszkola. Mamy godzinę, żeby podjąć decyzję czy wysłać Kaję od poniedziałku do przedszkola.”Nawet nie potrzebowałam godziny. Czekałam na ten telefon od grudnia. Zestresował mnie ale i naładował pozytywnie. Kilka godzin później po telefonicznej rozmowie z Panią Dyrektor, wizycie w przedszkolu celem podpisania dokumentów siedziałam z głową pełną wrażeń i nie mogłam uwierzyć.

MOJE MALEŃSTWO IDZIE DO PRZEDSZKOLA!!!!!!!!!!

Wiem, że to nic wielkiego ale dla nas to kolejny ważny etap. Pierwszy etap w edukacji Kajtusia. Zakończy go na magisterium a może doktoracie lub habilitacji… ale się rozmarzyłam ;-) . A my tu dopiero do przedszkola. I dostała znaczek króliczka. :mrgreen: Mój kochany króliczek.

Wstyd mi…

1 komentarz

… nawet bardzo. I nie chodzi o to jak bardzo zaniedbałam ten blog. Bardziej o to, że weszłam tu, żeby go usunąć :oops: . I już miałam nacisnąć taki jeden czerwony BUTTON gdy wtem… olśniło mnie i przeczytałam ostatnią notkę. A później kolejną. I kolejną… Pośmiałam się w duchu i żal mi się zrobiło tych wspomnień. Może nie jestem zbyt systematyczna i zapewne 80% moich czytelników już tu nawet nie zagląda ale przecież to są moje myśli. Miło do nich zajrzeć po jakimś czasie. I pośmiać się ;-) .

3 miesiące minęły. Chciało by się rzec jak jeden dzień. No prawie. Przez te 3 miesiące:

W PRACY:

-wyremontowałam i wyposażyłam biuro (brakuje lodówki i stolika)

-do końca lutego nie miałam wielu zleceń więc skupiłam się na punkcie 1

-na początku marca zostałam zawalona pracą po czubek głowy więc porzuciłam dekorowanie biura

-w związku z punktem nr 3 wystawiłam ogłoszenie o poszukiwanym do współpracy architekcie – przyszło ponad 80 zgłoszeń 8-O

-zatrudniłam na okres próbny 3 osoby bo nie potrafiłam wybrać i już wiem, że nadal nie przyjdzie mi łatwo aby wybrać jedną na stałe (pisałam gdzieś, że mam miękkie serce?)

-kupiłam wypasioną drukarko-kopiarko-faxo-skaner w bardzo korzystnej ofercie bo za pół ceny :mrgreen:i cieszę się z tego jak dziecko, które dostało prezent od Mikołaja

-ziarno, o którym pisałam w zeszłym roku ze względu na długą zimę nie wyrosło ale zaczyna nieśmiało przebijać się na świat. Nadal jest nadzieja, że będzie z tego urodzajne drzewo :mrgreen: .Także…uprasza się o trzymanie kciuków. Przynajmniej do października.

W DOMU:

-dziecko się zestarzało i rozgadało. Z wczoraj:

K: mamusiu, ciałam zieść susi

Ja: Kajuś, nie możesz jeść sushi.

K: Wiem, jeśtem jeście malutka. Zjem jak będę duzia. Jutlo.

:mrgreen:

- mąż też się zestarzał. W tym roku nie było wielkich imprez – raczej skromna kolacja w najbliższym gronie.

- przyjaciele kupują mieszkanie i tak mnie to cieszy, że nawet wymyśliłam, że w klatce obok też kupimy. Miały być dwa domy ale skoro poszli tą drogą ;)

- a poza tym: przytyłam, schudłam, rozchorowałam się więc znów przytyłam i wściekłam się… zmieniam plany- zarobię dużo pieniędzy i pójdę na odsysanie tłuszczu. wrrrrrrrrrrrr

No i tak. Tak było. Przez te 3 miesiące. Dużo.

Ojej, ojej, ojej… Ewa dramatyzuje. Tak dokładnie jej dziś napisałam. Co z tego, że 3 tygodnie minęły już od poprzedniej notki? No co? Kurcze… Dużo. U nas wiele się wydarzyło. Np. zakochałam się. Pomyślicie- znowu kostium kąpielowy. No nie. Pogoda jakoś nie sprzyja ;). Zakochałam się w apartamencie. Ma takie skromne 98 m2 i 24m2 tarasu. I dwie łazienki. Wiem, że powinnam marzyć o domu ale chwilowo pokochałam tę przestrzeń.

No bo czego mógłby chcieć architekt? W mojej głowie od zawsze tkwi projekt domu. Ale najpierw działka musi się znaleźć. Bo ten dom w teren wpisany będzie. Na skarpie. Gdzie więc znaleźć działkę ze skarpą? I nie mam na myśli gór. Chcę taką w Łodzi lub okolicach. Ehh te wymagania architekta. Nie znajdę przecież. To może chociaż takim apartamentem się zadowolę? 3 sypialnie- cudownie. Mogłabym nawet mieć więcej dzieci. Skoro nie muszę przewidywać kolejnych miejsc w szafie… To taki dowcip. Bo ja mamie powtarzałam tylko:” Mamo, jak ja mam dzieci rodzić skoro miejsca na łóżeczko brak. Noooo chyba, że w szafie”. Cóż szafę mam dużą, to fakt ale mimo wszystko dziecka szkoda ;).

A co nowego? Dziecko chore…. A nie. Wróć to już było. To może napiszę, że zna alfabet. 2,5 roku i zaskakuje mnie tekstem typu:

„B. beee, beee B jak baran beczy” i innymi wierszykami w tym stylu. Szczęśliwa jestem i dumna. A co mam nie być. Powinno się chyba. Nie chwalę się nią często. Ale to mi naprawdę zaimponowało. Aha! Narysowała jeszcze swój pierwszy rzut. To był rzut pokoju. Nikt mnie bardziej nie zrozumie niż inny architekt. No cóż. Rośnie nam nowe pokolenie.

Kilka dni temu dostałam sms-a: „Rodzinnych i fantazyjnych Świąt życzy…”.  Pomyślałam sobie wtedy, że to słowo „fantazyjne” jest dość oryginalne w połączeniu z tak typowym okresem. Typowym bo scenariusz typowy: opłatek, życzenia, kolacja, Mikołaj, długie rozmowy do późna w nocy, kolejny dzień, kolejne spotkanie przy stole. 3 dni i 3 kg później potrafimy się ocknąć zdziwieni, że to już po wszystkim. I jakiś taki niedosyt w nas pozostaje.

 

U nas  w tym roku było zupełnie inaczej. Fantazyjnie? Chyba tak. Nie było egzotycznych podróży i choinki na plaży w Miami. Były Święta- Nieświęta w Krynicy z chorym dzieckiem. Ale nie byliśmy sami. Wszyscy bliscy w jednym miejscu, kolacja w gronie 70 nieznajomych osób i bardzo aktywny czas spędzony na deskach. 3 kg przybyły mimo ruchu, zmarszczek przybyło po 3 nieprzespanych nocach i czuwaniem nad gorączkującym dzieckiem ale było warto. Bo jak wszystkie czarne chmury przewiał wiatr, stwierdziliśmy, że skorzystaliśmy z wyjazdu. Może nie w 100% ale w wystarczającym procencie aby mieć satysfakcję i miłe wspomnienia.

 

O tak. Święta były fantazyjne bo inne. I podobały mi się bardzo. Pomimo faktu, iż nadal nie wiem co było mojemu dziecku i że przez przypadek odkryłam, że jest uczulone na penicylinę. Ale widocznie tak musiało być.

 

Mam nadzieję, że Wam również ten okres minął rodzinnie i macie same miłe wspomnienia. A ponieważ przed nami kolejny „typowy” dzień życzę Wam wszystkim fantazyjnego Sylwestra ale przede wszystkim Szczęśliwego Nowego Roku 2013. :)

Nawet bardzo pięknie bo od wczoraj miałam wraz z dzieckiem korzystać z uroków jakie oferują nasze polskie góry. Miał być śnieg, nauka jazdy na nartach i Święta całą rodziną w zupełnie innym opakowaniu. Zamiast tego mam kolejną nieprzespaną noc i dziecko z gorączką przekraczającą 40 stopni C.

Zaczęło się niewinnie od zwykłej gorączki. 38,5′C. Nurofenik raz i idziemy spać. Pierwsza noc nie należała już jednak do łatwych. Nurofenik nie działał tak jak zazwyczaj miał to w zwyczaju. Po 4 godzinach gorączka wróciła. 39′C. Okłady na czółko i jakoś dobiłyśmy do przepisowych 6 godzin. Nurofenik dwa. Rano gorączka przybrała na sile. 39,2′C. Szybki telefon do lekarza bo przecież góry czekają. O 14:00 wizyta. Dobra, damy radę. Najwyżej wyjedziemy w sobotę. Nie jest źle. Podobno gardło ale bez tragedii. Syropki i antybiotyk na wszelki wypadek. Wieczór. 39,6′C. Nurofenik (chyba już cztery będzie). Antybiotyk też aplikujemy. Nie będziemy czekać na cud. 1:00. Płacz wyrywa mnie z dopiero co rozpoczętego snu. „Mamo, bziusiek boli”. Tulę. 40′C. FUCK. Nurofenik? Zaczyna wymiotować. Jeszcze większe FUCK. Nie wiem kogo bardziej trzęsie, ją czy mnie. W moich wizjach mam już szpital. Ostatnia szansa- czopki. Wzywamy taxi. Po 10 minutach jest z naszą „deską ratunku”. Odrobina przepychanek. Uff udało się zaaplikować. 10 minut później temperatura spadła 38,5′C. Jesteśmy w domu. Mąż nie może już jednak zasnąć. Ja tuląc małą istotkę też nie bardzo. 8:00. Nie ma gorączki (37′C co to jest?). Wielkie ufff. No to czekamy na dalszy rozwój sytuacji.

I co to jest? Skąd się wzięło?

Mówiące coraz więcej me dziecko wkracza na kolejny poziom wtajemniczenia czyli wymyśla „głupie głupotki”, które bawią wszystkich dookoła. I tak ostatnio o 3:00 w nocy zebrało jej się na pogaduszki ze swoimi rodzicami.

Kaja: Mamooooooooooooo, cę dzidziusia malutkiego…

Ja (dusząc się ze śmiechu): Powiedz to tatusiowi kochanie.

Kaja: Tatooooooooooo, cę dzidziusia malutkiego…

Śpiący mąż: mhmmmmm

Kaja (po dłuższej chwili zastanowienia): Kupimy w sklepie?

;)

egzamin

2 komentarzy

Minął tydzień a ja absolutnie nie mam nic na swoje usprawiedliwienie dlaczego nie pisałam. Nawet za dużo nie świętowałam. A było co świętować, oj było.

Egzamin na uprawnienia budowlane zdany. I dawno już nie czułam takiej ulgi jak w chwili ogłoszenia wyników. Zresztą zapewne nie tylko ja bo pół rodziny zaangażowane było we wszystko co do tej pory robiłam, spotkania towarzyskie odłożone zostały na boczny tor a dodatkowo nijak się ze mną dogadać przez telefon nie można było. No ale trudny okres nauki, stresu i wielu poświęceń już za mną. Przynajmniej na jakiś czas… Bo jakby mi się np. zachciało robić uprawnienia wykonawcze… O nie. Nie myślmy o tym teraz.

Wracając do egzaminu. Czy był trudny? Wydaje mi się, że nie. Ale może to kwestia tego, że wpasowałam się w pytania? Albo mam po prostu „trochę szczęścia w życiu” jak mówi mi Pani Ania. A może się nauczyłam i coś mi tam w głowie jednak zostało Mrugnięcie okiem. Coś było na rzeczy skoro jednak mam to za sobą.

A z nowości. Szykuję zmiany w swojej firmie. Będzie nowa szata graficzna, nowe logo, nowa reklama na samochodzie. A takie odświeżenie wizerunku postanowiłam zrobić z okazji 5-o lecia istnienia firmy. :)


  • RSS